Weterynarzy jest już za dużo, nie produkujcie nowych

Zdjęcie - Publicznie uczelnie z Poznania, Bydgoszczy i Krakowa chcą mieć studia weterynaryjne. Przeciwko temu są te polskie uczelnie, na których tradycyjnie od lat uczy się weterynarii.
Dzisiaj lekarzy weterynarii kształcą w Polsce cztery uczelnie: Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu, Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie i SGGW w Warszawie. To właśnie one ostro sprzeciwiają się tworzeniu kolejnych wydziałów weterynarii.

Prof. Jan Twardoń, dziekan Wydziału Medycyny Weterynaryjnej z wrocławskiego Uniwersytetu Przyrodniczego, uważa to za bardzo zły, psujący rynek pracy pomysł: - Teraz co roku dyplomy lekarzy weterynarii odbiera około 600-700 osób. I dla części z nich już nie ma pracy.
Uruchomienie takich studiów planują Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, bydgoski Uniwersytet Przyrodniczo-Technologiczny oraz Uniwersytet Jagielloński w spółce z krakowskim Uniwersytetem Rolniczym. Zdaniem prof. Twardonia uczelnie te chcą w ten sposób walczyć ze spadkiem liczby kandydatów na kierunki rolnicze, bo weterynaria jest niezwykle popularna. To jeden z najbardziej obleganych kierunków studiów. W tym roku o 216 indeksów Wydziału Medycyny Weterynaryjnej wrocławskiej uczelni starało się 1300 osób, czyli o jedno miejsce walczyło sześcioro młodych ludzi. Jednocześnie co roku spada liczba zainteresowanych tradycyjnymi kierunkami rolniczymi. - Otwierając nowy kierunek i kusząc potencjalnych studentów, władze tych uczelni nie biorą pod uwagę tego, co się będzie z nimi działo po studiach - mówi prof. Twardoń.

Wspiera go dr Jan Dorobek, prezes Dolnośląskiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej: - To działanie spowoduje wzrost liczby absolwentów o kolejne 70 proc., a rynek pracy dla nas się kurczy.

Dr Dorobek powołuje się na przykład powiatu kamiennogórskiego, w którym w latach 90. było 1500 małych gospodarstw, a w każdym kilka sztuk zwierząt. Dzisiaj takich gospodarstw jest tam nie więcej niż 500.

Krzysztof Kaniewski, praktykujący weterynarz z Poznania, widzi, co się dzieje na rynku: - Coraz więcej weterynarzy emigruje albo rezygnuje z zawodu. Młodym ludziom zaraz po studiach bardzo trudno wyrobić sobie pozycję. W mieście nie ma za dużo pracy, a na wieś nikt po studiach wracać nie chce.

Swoje argumenty mają uczelnie planujące nauczanie weterynarii. Prof. Jerzy Niedziółka z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie przyznaje, że władze uczelni biorą pod uwagę sytuację demograficzną i zainteresowania kandydatów na studia. - Ale plany powołania nowego kierunku to też reakcja na oczekiwania naszych dotychczasowych studentów, a ci pytają o specjalizacje weterynaryjne albo nawet o osobny kierunek studiów.

Prof. Niedziółka zakłada, że na krakowskiej weterynarii byłoby po 60 miejsc dla studentów z Polski i zagranicy. Czy będzie dla nich praca?

- To wolny zawód. Jak ktoś jest dobry, to ma wzięcie, jak się nie sprawdza, bankrutuje. Poza tym sporo wolnych etatów jest np. w Państwowej Inspekcji Weterynaryjnej. Tam z braku chętnych zatrudnia się zootechników.

Dziekani weterynarii z uczelni, na których dziś się jej uczy, wspólnie wystąpili przeciw projektom otwierania tych studiów na innych uczelniach. Wysłali swój protest do ministra nauki. Wsparły ich Izby Lekarsko-Weterynaryjne.

Dr Dorobek: - To nie jest zmowa korporacyjna, bo my nie wymagamy aplikacji jak prawnicy. Prawo do wykonywania naszego zawodu otrzymuje się na podstawie dyplomu ukończenia studiów. Nam zależy tylko na tym, żeby nie produkować bezrobotnych za państwowe pieniądze.

Źródło: gazeta.pl

Komentarze:

Brak komentarzy. Twój może być pierwszy.

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze