W sondażu przeprowadzonym na zlecenie "Gazety" ponad połowa ankietowanych studentów przyznała, że ściąga na egzaminach. Aż 61 proc. wyznaje, że wykładowcy przymykają na to oko. Dlaczego tak się dzieje?
Kolokwium na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Wykładowca dyktuje pytania i... wychodzi na dziesięć minut. Wystarczy, żeby sprawdzić odpowiedzi w notatkach i skonsultować je z kolegami. Gdy wraca, kolokwium trwa dalej, jak gdyby nigdy nic. - Pani profesor wie, że ściągaliśmy, ale udajemy uczciwych, a ona naiwną - mówi jedna ze studentek.Uczelnia niepubliczna. Egzamin z mikroekonomii. Doktor siedzi na katedrze, zasłonięty gazetą. Udaje, że nie słyszy szeptów. Student z ostatniej ławki telefonuje do dziewczyny i konsultuje z nią odpowiedzi.
- Czy to prawda, że pozwala pan ściągać? - pytam doktora. Czerwieni się i przyznaje, że bywa pobłażliwy. - Gdybym nie przymykał oczu na ściąganie, musiałbym oblać trzy czwarte grupy, a wtedy straciłbym pracę. Kiedyś, gdy postawiłem za dużo dwój, dziekan wezwał mnie na dywanik i wyjaśnił, że nie zabija się dojnej krowy - mówi doktor.
Nie wszyscy wykładowcy są jednak tak pobłażliwi. Prof. Czesław Martysz, prorektor ds. kształcenia UŚ, o ściąganiu mówi wprost: plaga. Twierdzi, że studenci zrzynają coraz bardziej i coraz doskonalszymi metodami. - Dawniej szczytem sprytu było ukrycie przez studentkę ściągi pod spódniczką, żeby wykładowca nie mógł jej znaleźć, nie narażając się na oskarżenia o molestowanie. Dziś student wgrywa do telefonu całą książkę albo wkłada do ucha słuchawkę i łączy się z kolegą, który spoza sali dyktuje mu odpowiedzi - mówi prof. Martysz.
Niektórzy wykładowcy do walki z nieuczciwymi studentami również wykorzystują technologiczne nowinki. - Zamiast dyktować pytania, wyświetlają je na monitorze. Po minucie pytanie znika i pojawia się następne. Nie ma czasu na zaglądanie do ściąg - wyjawia prorektor.
Plaga ściągania spowodowała, że UŚ w tym roku wprowadził zapis o nielegalności zrzynania do regulaminu studiów. Czyżby wcześniej studenci o tym nie wiedzieli? Prof. Martysz twierdzi, że wiedzieli, ale teraz mają jasność, że jest to poważne przewinienie, za które automatycznie grozi ocena niedostateczna.




