Polacy na najlepszych uniwersytetach świata

Światowa czołówka, czyli uniwersytety amerykańskie: Harvard czy Yale?

Katarzyna Pawłowska-Salińska

Yale: dużo nauki, jeszcze więcej imprez

Tomek Siergiejuk ma 23 lata i pochodzi z Białegostoku. W maju tego roku ukończył czteroletni kurs BA (Bachelor of Arts) z ekonomii i germanistyki na Yale. Teraz pracuje w Londynie jako analityk w banku inwestycyjnym nakierowanym na rynki w Europie Centralnej i Wschodniej.

Dlaczego Yale?

- Miało wiele zalet, które mnie zwabiły: po pierwsze, to mała szkoła, ale o światowej renomie. Chciałem, żeby mój dyplom był rozpoznawany nie tylko w Stanach, ale wszędzie na świecie, na wypadek gdybym nie został w USA. I tak się zresztą stało. Po drugie, wiedziałem, że wykładają tam wybitni profesorowie. Zawsze mi imponowali ludzie, którzy dużo osiągnęli. I po trzecie, spodobał mi się model studiowania na Yale: możliwość wypróbowania kilku kierunków przed wyborem tego jednego (lub dwóch w moim przypadku), zajęcia w małych grupach, łatwy dostęp do profesorów i ich badań naukowych, życie na kampusie w małym mieście. Np. nie brałem pod uwagę uniwersytetu Columbia, bo Nowy Jork jest zbyt rozpraszający.

Trudno było się dostać?

- Dostałem się na parę pierwszorzędnych uczelni, więc trudno mi ocenić. Ale wydaje mi się, że w wielu przypadkach dostanie się na uczelnie Ivy League to trochę loteria. Przecież poziom wszystkich kandydatów jest bardzo wysoki, a tylko 9 proc. się dostaje.

Poza tym dużo było z tym roboty: musiałem jeździć na egzaminy do Warszawy, bo jestem z Białegostoku, pisać eseje, odbywać rozmowy kwalifikacyjne etc. Do tego tłumaczenie wszystkich oficjalnych dokumentów na angielski, proszenie nauczycieli o rekomendacje i wypisy ocen.

Dałeś radę się utrzymać?

- Bez problemu. Przyjęcie na Yale jest równoznaczne z otrzymaniem pełnego stypendium dla tych, którzy tego potrzebują. Oznacza to, że na podstawie zeznań podatkowych oraz informacji o zarobkach i majątku rodziców uniwersytet oszacowuje, ile dana rodzina jest w stanie zapłacić za edukację studenta. Jeśli rodzice studenta nie zarabiają więcej niż 45 tys. dol. rocznie, nie muszą uniwersytetowi nic płacić. W to stypendium wliczone jest zakwaterowanie, wyżywienie, czesne i raz na rok jeden bilet lotniczy do domu.

Poza tym każdy student, nawet ten, którego rodzina nic nie płaci, przyjmuje coś w rodzaju pożyczki od uniwersytetu. Na moim pierwszym roku wynosiła 4400 dol., a później zeszła do 4000 rocznie. Ta suma ma być przeznaczona na wydatki bieżące studenta, takie jak książki, prywatne wycieczki do Nowego Jorku, ubrania itp., i może być częściowo lub w całości zwrócona dzięki pracy na kampusie. Student obcokrajowiec może pracować w ten sposób maksymalnie 19 godz. w tygodniu, a minimalna stawka na Yale to około 10 dol. za godzinę, a więc, nawet pracując 8 godzin tygodniowo, można zarobić na własne wydatki.

Na takim uniwersytecie trzeba się dużo uczyć?

- Na każdej uczelni są tacy, którzy się dużo uczą, tacy, którzy raczej się nie przykładają. Z tego, co zrozumiałem, jedynym bezpośrednim powodem skreślenia z listy studentów jest plagiat albo ściąganie. Tu nie ma przebacz. Na egzaminach nikt nie ściąga, wypracowania muszą być opatrzone szczegółowymi przypisami i bibliografią. Teoretycznie można też wylecieć, gdy obleje się dwa lub trzy kursy (trzeba ukończyć ok. 36, żeby dostać dyplom), ale o to trzeba się naprawdę postarać. Z drugiej strony, żeby dostawać same A, też się trzeba nieźle nagimnastykować. Samych zajęć jest niewiele, na kurs przypada około 2,5 godziny w tygodniu, więc z czterema kursami na semestr to przeciętnie tylko 10 godzin w tygodniu (niektóre kierunki, np. chemia, mają laboratoria, które zajmują dużo więcej czasu). Do każdej godziny na zajęciach dochodzą średnio 2 godziny pracy własnej - tyle wystarczy, żeby być na bieżąco z materiałem, ale to na pewno za mało, żeby być prymusem. Na każdy wykład i ćwiczenia trzeba przeważnie przeczytać jedną albo dwie książki, które później będą omawiane. Yale kładzie duży nacisk na umiejętność krytycznej lektury, na samodzielne wyrabianie sobie opinii i na przeprowadzanie konstruktywnej krytyki.

Gdzie mieszkają studenci?

- 90 proc. w akademikach, które na Yale wyglądają jak stuletnie gotyckie kościoły, nawet te, które zostały wybudowane całkiem niedawno. Podobno uniwersytet polewa budynki kwasem, aby dodać im charakteru.

A jak wygląda życie towarzyskie na kampusie Yale?

- Ha! Pamiętasz może Beverly Hills 90210? To właśnie tak. Mimo że wielu osobom wydaje się, że Yale to nudna uczelnia, nasze motto to: "Ucz się dużo, jeszcze więcej imprezuj (work hard, play harder)". Co weekend kampus aż kipiał od imprez we fraternities i sororities (stowarzyszenia braci i sióstr), w secret societies, akademikach, prywatnych domach itp. Było dużo typowo studenckiej zabawy, czyli z tanim piwem, ale też były imprezy poważne, Ivy-League-glamour, czyli panowie w smokingach, panie w sukniach, szampan z Francji, a kawior z Moskwy.

To prawda, że uczelnie amerykańskie, zwłaszcza te z Ivy League, tak zawzięcie ze sobą rywalizują?

- Tak. Na Yale naszym tradycyjnym rywalem był Harvard. Rywalizowaliśmy o wszystko, zwłaszcza w corocznych rozgrywkach w futbolu amerykańskim (THE game w listopadzie). O dowcipie, który studenci Yale zrobili studentom Harvardu, można sobie poczytać na www.harvardsucks.org.

Jak się studiuje na Yale, jednym z najlepszych uniwersytetów świata?

- Fantastyczne. Na początku studiów bałem się trochę, jak to będzie, bo to inny kraj, inni ludzie. Ale szybko okazało się, że mimo iż wszyscy pochodzimy z innych stron świata i inaczej wyglądamy, to podobnie podchodzimy do życia, nauki, zabawy. Wybór Yale to był strzał w dziesiątkę. Bardzo tam dojrzałem i wiele się nauczyłem, poznałem nieprzeciętnych ludzi. Dzięki uniwersytetowi zwiedziłem też wiele państw. Ale nie zawsze było różowo. Yale to prawdziwa szkoła życia: trzeba umieć odnaleźć się w wielu sytuacjach, nauczyć rozmawiać z ludźmi, pisać wypracowania na 20 stron w dwa dni (i najlepiej tylko po jednym red bullu). Opanowanie stresu i umiejętność wyluzowania się to podstawa.

Dużo jest Polaków na Yale?

- Średnio dostaje się jedna, dwie osoby prosto z Polski na rok. Poza tym co roku mamy parę Polish Americans, którzy bardzo często identyfikują się z polskim towarzystwem. To liczby na Yale College, czyli dotyczą studentów undergraduate. Na spotkania Yale Polish Society przychodziło od 3 do 10 osób, gdy ja byłem prezesem.

Marka Yale automatycznie zapewnia absolwentom sukces zawodowy?

- Uniwersytet kładzie duży nacisk na pomoc w znalezieniu pracy, ale zdecydowanie nie wszyscy kończą ze sprecyzowanymi planami na życie. Co roku jesienią na kampus przychodzi kilkaset bardzo agresywnie rekrutujących firm. Są to głównie wielkie korporacje: banki inwestycyjne, firmy konsultingowe, firmy prawnicze, firmy IT, instytucje rządowe. Pracodawcy nie zabijają się o kandydata, ale bardzo często pomagają podjąć decyzje o przyjęciu oferty, oferując bonusy za podpisanie umowy. Jeśli chodzi o sukces zawodowy, to uczelnia sama w sobie go nie gwarantuje. Raczej wynika on z osobowości i zdolności danego człowieka.

To prawda, że absolwenci "bluszczowych" uczelni to elita amerykańska? Podobno tworzą stowarzyszenia, które pomagają młodszym absolwentom znaleźć dobrą pracę...

- Studenci na Yale to bardzo często to ludzie z dobrych domów, ale jeszcze częściej ludzie, którzy mają jasno poukładane w głowie, co chcieliby robić w przyszłości, co ich interesuje i co lubią. Tacy ludzie później zachodzą daleko w świecie polityki, biznesu i, tak czy siak, tworzą elitę społeczeństwa. Jeśli chodzi o pomoc w znalezieniu pracy, to zakładanie mniej lub bardziej naturalnych stowarzyszeń, które mają taki czy inny cel, to nic nadzwyczajnego. Networki dla absolwentów szkół Ligi Bluszczowej są wszędzie; tak samo jak dzisiaj powstają networki dla studentów SGH.

Chciałbyś kiedyś wrócić na Yale?

- Nie wiem, czy będę jeszcze studiował. Jeśli za dwa lata praca ciągle będzie mi sprawiała przyjemność i dalej będę chciał robić to, co teraz robię, to nie widzę potrzeby, aby dalej się kształcić. W finansach dużo bardziej ceni się doświadczenie niż kolejny dyplom. Jeśli wrócę do szkoły, będą to studia magisterskie na ścisłym kierunku, np. finanse albo matematyka stosowana w Anglii, albo MBA w USA. Kiedyś na pewno wrócę do Polski, jak już będę miał jakieś doświadczenie. Ale na razie mi dobrze w Londynie.

Harvard: taniej niż w Warszawie

Hania Sankowska właśnie skończyła nauki polityczne na Harvardzie. Ma 22 lata i pochodzi z Kutna. W tej chwili jest na praktykach w Dubaju. Chce dalej studiować, ale raczej w Europie niż w USA. Hania opowiada nam o swoich studiach na Harvardzie.

To prawda, że rodziny studiujących na Harvardzie mają na samochodach naklejki z nazwą uniwersytetu?

- Tak. I kubeczki z logo uczelni. I breloczki z logo uczelni. I bluzy z logo uczelni. Wykorzystanie logo jest jednym z ważniejszych źródeł dochodów każdego amerykańskiego uniwersytetu. Ja sama mam pierścień Harvardu z wygrawerowanym w środku swoim imieniem i nazwiskiem, do czego uprawnieni są wszyscy absolwenci.

Od dawna chciałaś studiować na Harvardzie?

- Nie. Na początku nie składałam nawet podania na Harvard, bo bałam się mierzyć aż tak wysoko. Dostałam się między innymi na Wellesley College, szkołę żeńską, w której studiowały Madeleine Albright i Hillary Clinton. Podobały mi się kursy, wysoki poziom kształcenia i położenie w lesie, nad jeziorem, blisko Bostonu, jednego ze studenckich centrów USA. Jednak już po pół roku zorientowałam się, że Wellesley nie jest dla mnie. Uczelnia była fantastyczna, jeśli chodzi o warunki studiowania, ale atmosfera szkoły żeńskiej wydała mi się dusząca.

I okazało się, że najlepsze męskie towarzystwo jest na Harvardzie?

- Trochę tak. Jeszcze jako studentka Wellesley pojechałam jednego wieczoru na wykład znanego profesora nauk politycznych Noama Chomskiego, który rozważał delikatny temat stosunków palestyńsko-izraelskich. Byłam pod wrażeniem pasji, z jaką studenci dyskutowali z profesorem. To był taki niezwykły błysk w oku. Od tej chwili poczułam się jedną z nich, bo ja też miałam w sobie żywe zainteresowanie światem. Postanowiłam więc spróbować i złożyć podanie o przeniesienie. Aplikowałam tylko na Harvard. I dostałam się.

Trudno było?

- Oczywiście, że tak. Najpierw miesiące szlifowania aplikacji, potem stresująca perspektywa rozmowy kwalifikacyjnej (sama rozmowa przebiegała w bardzo przyjaznej atmosferze). Na szczęście egzaminy SAT miałam już za sobą. Duże znaczenie dla komisji rekrutacyjnej ma zaangażowanie społeczne kandydata na studia, jego pasja w jakiejś dziedzinie. Moim atutem było ukończenie jednej ze Szkół Zjednoczonego Świata, gdzie od uczniów wymaga się poza wynikami w nauce również pracy na rzecz lokalnego środowiska oraz aktywności pozaszkolnej. Sądzę, że to wszystko pomogło mi przejść pomyślnie przez proces aplikacyjny.

Dla Polaków to chyba drogie studia?

- Zupełnie nie odczułam kosztów studiowania w Stanach. Harvard oferuje pełne stypendia wszystkim osobom, których suma rodzinnych zarobków nie przekracza rocznie pułapu 60 tys. dol. Bez pomocy uczelni byłaby to dla mnie kwota zupełnie nieosiągalna. Podejrzewam, że moja rodzinę drożej wyniosłyby moje studia na Uniwersytecie Warszawskim (pochodzę z Kutna, więc koszty wiązałyby się z wynajęciem mieszkania, dojazdami, itp.)

Jak wygląda nauka na Harvardzie?

- Jest jej bardzo dużo. Ale nie ma zakuwania rzeczy, które nigdy do niczego mi się nie przydadzą. Sama wyznaczałam sobie program nauczania, wybierając w każdym semestrze cztery kursy. Jako studentka nauk politycznych miałam szczególnie dużo czytania i pisania. Co tydzień wymagano ode mnie przeczytania około 200 stron. To bardzo dużo, bo do tego dochodzą jeszcze testy, eseje, prezentacje.

Naprawdę na uniwersytetach amerykańskich nie można ściągać?

- Brr... Nawet boję się o tym myśleć! Bezwzględne wyrzucenie z egzaminu, potępiające spojrzenia innych studentów, zawiedziony profesor. Pamiętam sytuację, gdy dwóch studentów oddało ten sam esej "pożyczony" od kolegi z wyższego roku, który rok wcześniej uczęszczał na taki sam kurs. Oczywiście złapano ich, postawiono przed komisją dyscyplinarną i relegowano z uczelni na rok, żeby zastanowili się nad swoim postępowaniem. Była to sprawa tak niesłychana, że przez wiele tygodni pisano o tym w harwardzkiej gazecie "The Crimson". Nie, w USA się nie ściąga. To niepoważne podejście do siebie, do edukacji i do profesora. Jest to surowo karane i pociąga za sobą ostracyzm towarzyski.

Jak jest z pracą dla absolwentów Harvardu?

- Podobno biją się o nich największe banki inwestycyjne i firmy konsultingowe. Nie wiem, czy jest to prawda. Wszystko jest kwestią wyboru. Dla jednych sukcesem jest praca w dobrej firmie i wysoka płaca. Dla innych sukces zawodowy to robienie tego, co się lubi i co uznaje się za ważne, a co niekoniecznie wiąże się z dużymi zarobkami. Oczywiście dobra uczelnia daje szanse sukcesu zawodowego. Nie chodzi tu jednak o samą nazwę uczelni, ale przede wszystkim o większą gotowość jej absolwentów do podejmowania śmiałych wyzwań. Pracodawcy zdają sobie z tego sprawę.

A ty jaką ścieżkę sobie wybrałaś?

- Nie rozpoczęłam jeszcze życia zawodowego. W tej chwili uczestniczę w zorganizowanym przez Harvard programie w amerykańskiej szkole średniej w Dubaju, pomagając w koordynacji programu zajęć pozalekcyjnych, opiekując się drużyną Model United Nations i grupą uczniów zajmujących się szkolnymi publikacjami. I odpoczywam po trudnym ostatnim roku na Harvardzie. Poza tym współpracuję z magazynem internetowym cafebabel.com, tłumaczę teksty z obcych języków i piszę artykuły o tematyce europejskiej. Praca społeczna daje mi wielką satysfakcję.

Chcesz jeszcze wrócić do Stanów, a może do Polski?

- Początkowo chciałam wrócić do Polski, wyjechałam stamtąd w wieku 16 lat. Tęsknie za rodziną, za językiem polskim, za Polakami, za Warszawą, Krakowem. Zniechęca mnie jednak sytuacja w kraju. Nigdy nie myślałam o pozostaniu w Stanach. Na razie przymierzam się do kontynuowania studiów magisterskich na kierunku ekonomicznym. Poza Polską, ale w Europie.

Warto się postarać i studiować w USA?

- Ależ tak! Sama z przyjemnością udzielam porad na temat studiowania w USA, sprawdzam listy aplikacyjne, doradzam przy wyborze uczelni, wszystko oczywiście nieodpłatnie - to jeden z moich sposobów na spłacenie długu wobec świata: sankowska@ post.harvard.edu.

Układ harwardzki, czyli praca po elitarnej uczelni

Setki tysięcy kandydatów chcą się dostać na Harvard, Yale i na inne "bluszczowe" uczelnie, licząc, że po ich ukończeniu drzwi do oszałamiającej kariery w świecie biznesu, medycyny, prawa czy polityki staną przed nimi otworem.

A jak jest naprawdę? Ekonomistka z Harvardu Caroline Hoxby wyliczyła, że absolwent elitarnej uczelni zarabia w ciągu swojej kariery zawodowej przeciętnie około 2,9 mln dol. To "tylko" 400 tys. dol. mniej niż jego równie zdolny kolega z "normalnej" uczelni.

Zdaniem Hoxby wynika to z tego, że trzy czwarte korzyści z wyższego wykształcenia można przypisać zdolnościom i pracy studenta. Reszta należy do uczelni, z której otrzymało się dyplom. Zaletą prestiżowych uniwersytetów są większe środki finansowe przeznaczane na kształcenie studentów i pomoc w znalezieniu pracy. Inne ważne wsparcie przy szukaniu dobrej pracy to networking, czyli wykorzystanie powiązań i "układów" wśród absolwentów i studentów. Oprócz klubów i stowarzyszeń absolwentów coraz częściej wykorzystuje się internetowe bazy danych, w których figurują nazwiska i miejsca pracy harwardczyków czy yailies. Gdy do absolwenta Yale zwróci się inny absolwent z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy, ten drugi raczej mu nie odmówi.

Oczywiście liczy się też prestiż uczelni. Na kampusy Ligi Bluszczowej co roku przybywają rekruterzy z najbardziej liczących się instytucji finansowych i firmy konsultingowe setki potencjalnych pracodawców. Oferują pracę za 40-50 tys. dol. rocznie. Tak powstaje "układ": Harvard czy Yale otwierają drzwi do kariery, a następnie absolwenci tych uczelni wracają na swój były kampus, rekrutując nowych pracowników.

Liga Bluszczowa

Liga Bluszczowa (Ivy League) to stowarzyszenie ośmiu najstarszych uniwersytetów znajdujących się w północno-wschodniej części USA.

Nazwa pochodzi od bluszczu porastającego zwykle stare budynki.

Nazywane są też czasem "Ancient Eight", czyli "Starożytną ósemką". Należą do nich:

Brown University w Providence (Rhode Island), zał. w 1764 r. (Rhode Island College)

Columbia University w Nowym Jorku, zał. w 1754 r. (King's College)

Cornell University w Ithaca (New York State), zał. w 1865 r.

Dartmouth College w Hanover (New Hampshire), zał. w 1769 r.

Harvard University w Cambridge (Massachusetts), zał. w 1636 r.

University of Pennsylvania in Filadelfii (Pennsylvania), zał. w 1751 r. (Academy of Philadelphia)

Princeton University w Princeton (New Jersey), zał. w 1746 r. (College of New Jersey)

Yale University w New Heaven (Connecticut), zał. w 1701 r. (Collegiate School)

Są to najbardziej prestiżowe uczelnie w USA. Znajdują się w czołówce uniwersytetów na świecie pod względem jakości kształcenia i zasobów naukowych.

Źródło: eulandia.pl

Komentarze:

Brak komentarzy. Twój może być pierwszy.

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

 
Jak prawie wszystkie strony internetowe również i nasza korzysta z plików cookie. Zapoznaj się z regulaminem, aby dowiedzieć się więcej. Akceptuję