Piłkarski polish dream

Zdjęcie - Nigeryjczyk Uzoma Luke, dzisiaj piłkarz drugoligowego Startu Otwock, z pierwszego telefonu do rodziny zrezygnował. Było mu wstyd. Bo dorosły Afrykańczyk pomaga finansowo swoim bliskim. Taki jest zwyczaj. A Afrykańczyk, który wyemigrował na inny kontynent, ma wręcz taki obowiązek. Kiedy matka albo brat proszą, żeby przesłał im kilkadziesiąt euro na życie, wysyła. A jak wytłumaczyć rodzinie, że za kilkaset złotych kieszonkowego, które dostawał tu na początku, sam ledwo się utrzymuje? Lepiej więc w ogóle nie dzwonić.

Tym bardziej że kiedy wyjeżdżał do Polski, jego rodzina, podobnie jak on, wszystkie kraje z "land" w nazwie kojarzyła z lepszym światem. Dopiero na miejscu Uzoma się przekonał, że Polska to Polska, nie żaden "Poland". Kiedy przyjechał z Lagos siedem lat temu, była zima. Od razu z Okęcia agent zawiózł go do łódzkiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Zdążył tylko rzucić torbę na łóżko w internacie i trener zawołał go na boisko. - Grałem kiepsko. I nawet nie chodziło o to, że byłem zmęczony podróżą. Nie zdążyłem przyzwyczaić się do mrozu i stawy odmówiły mi posłuszeństwa - opowiada. Potem posłuszeństwa odmówiła mu też psychika. Przez miesiąc w wolnym czasie nie był w stanie nic robić. Siedział w pokoju pod kocem. Nie mógł przyzwyczaić się do nowego miejsca. Myślał tylko o tym, czy w tym klimacie zacznie wreszcie kopać piłkę tak, jak udawało mu się to w Nigerii. I czy klub pomoże przedłużyć mu wizę.

Tacy jak Uzoma Luke, Afrykańczycy grający na polskich boiskach, nie dziwią dzisiaj nikogo. Pierwsi piłkarze zaczęli przyjeżdżać do nas już w latach 90. Ale dopiero od 2002 r., kiedy polska reprezentacja awansowała do mistrzostw świata w Korei dzięki grze czarnoskórego Emanuela Olisadebe, coraz więcej klubów zaczęło myśleć o sprowadzeniu zawodnika z Afryki. Ściągali ich tutaj agenci, którzy liczyli, że trafią na świetnego piłkarza, a potem za duże pieniądze sprzedadzą go na Zachód. Najczęściej przywozili ich z Nigerii, czasem też z Kamerunu, Senegalu i Konga. Tam każdy chłopak chce być piłkarzem. Ci, którym udało się zrobić karierę w europejskich klubach, w rodzinnych stronach traktowani są jak bogowie. I choć Polska nie jest znana z dobrej piłki, Afrykańczycy, którzy przyjeżdżali nad Wisłę, mieli nadzieję, że osiągną sukces. Jak Nigeryjczyk Kalu Uche, który z Wisły Kraków przeszedł do hiszpańskiej Premiera Division.

Kiedy w grudniu weszliśmy do strefy Schengen, piłkarzom zaczęło się wydawać, że z Polski do najlepszych lig w krajach starej Unii jest tak blisko jak z Łodzi do Warszawy. Transferowy biznes zaczął się więc kręcić ze zdwojoną siłą. - Dzisiaj z afrykańskich zawodników można by stworzyć co najmniej kilkanaście drużyn - szacuje Bartosz Urbańczyk, dyrektor wykonawczy Polskiego Związku Piłkarzy.

Są porozrzucani po różnych klubach w całej Polsce. Najczęściej bardzo słabych. Tam dostają ostrą szkołę przetrwania. Zamiast tysięcy euro - na jakie liczyli - zarabiają po kilkaset złotych. Zamiast wielkich stadionów zastają nierówne, dziurawe boiska. Zamiast sławy - bezsilność i poniżenie.W tym roku doświadczyło tego kilkunastu Afrykańczyków w trzecioligowej Stali Głowno. Do małej miejscowości niedaleko Łodzi wysłał ich Mirosław Skorupski, agent, który sprowadza do Polski czarnoskórych graczy z Nigerii. Oprócz jedzenia i mieszkania mieli obiecaną pensję - po osiemset złotych miesięcznie. Mieszkanie okazało się piętrem w zrujnowanej willi, gdzie jedna obok drugiej ustawiono metalowe prycze. W niektórych oknach brakowało zasłon, zawodnicy pozawieszali szmaty, by nie budziło ich słońce. Nie było centralnego ogrzewania, tylko piec na koks. - Zimą trzeba było dorzucać do niego co godzina. W nocy mieliśmy dyżury, żeby nie zmarznąć - wspomina jeden z Nigeryjczyków. Nie chce ujawnić nawet imienia. Boi się, że działacze sportowi z zemsty uniemożliwią mu przejście do innego klubu. Już się nauczył, że w polskiej piłce liczą się przede wszystkim znajomości.

- Nie dostawaliśmy obiecanych pieniędzy. Tylko raz wypłacono nam po trzysta złotych. Często nikt nie przywoził nam jedzenia - opowiada. Mógł uciec z Głowna, ale trzymała go tam nadzieja na transfer do lepszego klubu. I pozwolenie na pobyt w Polsce, które dostał dzięki kontraktom ze Stalą. Bo jeśli Afrykańczyk nie ma pracy, nie może legalnie przebywać w Polsce. Bez ważnych papierów nie ma też szans na wyjazd do innego europejskiego kraju, nawet jeśli uda mu się dostać tamtejszą wizę. Straż graniczna zawsze sprawdza czarnoskórych. W przypadku braku odpowiednich pieczątek urzędowych czeka ich deportacja. - Dlatego czuję się tutaj jak niewolnik, tyle że od kopania piłki - zżyma się zawodnik. Nie gra już w Stali Głowno, bo klub zbankrutował. Znalazł inny, w czwartej lidze. Jest lepiej niż w Głownie, ale ciągle jest mu się ciężko. Już dawno dotarło do niego, że nie wyżywi się z samej piłki. Przed treningami dorabia w miejscowym magazynie. To odbija się na jego formie. I coraz częściej trener zostawia go na ławce rezerwowych.

Źródło: newsweek.pl

Komentarze:

Brak komentarzy. Twój może być pierwszy.

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze