Wspaniała jest ta wasza nowa płyta!
- (Kiwnięcie głową)
Nie wierzysz?
- Dla mnie każda pochwała jest problemem.
Dlaczego?
- Bo nie mam oparcia w sobie, więc ciężko mi uwierzyć, że zrobiłam coś dobrego. Ciągle towarzyszy mi myśl, że mogę się starać, starać, a i tak wszystko mogłoby być zdecydowanie lepsze, bo mam świadomość, że inni potrafią więcej, są fajniejsi. Takie, widzisz, głupoty.
A co myślisz, gdy ludzie mówią, że im się podoba?
- Na początku jest tak, że myślę: Ojej! Naprawdę? Super! A zaraz potem, że się ze mnie nabijają. Wiem, to bez sensu, dlatego mówię, że to kompleksy. Nigdy nie osiągnęłam stanu samozadowolenia. Może jak gotuję, to czasami mam pewność, że coś mi się udało. Ale i tak kiedy ktoś chwali, to nie umiem się uśmiechnąć i powiedzieć "dziękuję". Tylko pytam: serio?
A jak syn mówi: jesteś najwspanialszą mamą na świecie?
- To wtedy jestem totalnie szczęśliwa.
A nie myślisz: co ty opowiadasz, synku?
- Nie, nie, nie. Jestem wtedy strasznie dumna i szczęśliwa, choć od razu myślę, że wiadomo, nie jestem doskonałą matką. Bo jak mogę nią być, skoro nigdy wcześniej nie byłam matką? Mikołaj to jest moje pierwsze dziecko, więc cały czas próbuję się orientować, co mam robić. Na pewno popełniam mnóstwo błędów, bywam niekonsekwentna, bo jak coś zbroi, to zapowiadam, że do końca tygodnia nie włączy komputera, a potem wystarczy, że poprosi, i się łamię.
Ale synowi wierzysz?
- Wierzę, ale od razu mam w głowie taką myśl, żeby tego nie spitolić. Bo nie jest sztuką być fajną matką akurat wtedy, gdy syn ci to powie. Bycie fajną mamą to proces na całe życie.
Wróćmy do płyty. Na początku była muzyka czy słowa?
- Dostaję muzykę i piszę do niej słowa.
Jak na zawołanie?
- Nie, bo ja nagrywam płytę dopiero wtedy, gdy pojawiają się kwestie, które chcę wyśpiewać. Potrafiłam napisać tekst chwilę przed wejściem do studia. Ale to nie było dobre. Przy nowej płycie postawiłam na prawdziwy wysiłek. Nie czekałam na snop weny, który gdzieś krąży po świecie, aż spocznie akurat na mnie i wtedy napiszę tekst. Nie! Tym razem pracowałam normalnie. Wstawałam, przygotowywałam sobie ciepły napój, siadałam przed komputerem i siedziałam wiele godzin.
Gdzie siadałaś?
- W łóżku. To jest jedyne miejsce w domu, gdzie nikt mi nie przeszkadza.
Napisałaś 11 tekstów. W 11 dni?
- Nie, no skądże. Przecież nie mogę sobie pozwolić, żeby bez przerwy pracować nad tekstami. Mam też życie, muszę zajmować się domem.
A co to dla ciebie znaczy: zajmować się domem?
- Syna zawieźć do szkoły, odebrać, przypilnować, żeby odrobił lekcje. Pranie, sprzątanie, gotowanie. Te rzeczy!
Nie masz gosposi?
- Nie, no co ty, nie żartuj!
Podjęliśmy raz taką próbę, bo pani, która opiekowała się domem kolegi, potrzebowała pracy. No to OK, skoro ona potrzebuje pracy. Ale okazało się, że nie byłam w stanie tak funkcjonować: to była starsza ode mnie kobieta, przyjechała z Ukrainy, totalnie wykształcona osoba. Zasługiwała na to, żeby pracować w swoim zawodzie i zarabiać godne pieniądze. I co? Przychodzi do mnie i mój bałagan musi sprzątać?
Było mi z tym źle, więc na jej przyjście sprzątałam. Ale i tak było mi wstyd, że jakaś pani mój bałagan i mój kurz przeciera. Może to źle, że z niej zrezygnowałam, bo ona potrzebowała pracy, ale inaczej nie potrafiłam. Poza tym bez przesady, mam wolny zawód, nie muszę codziennie rano wychodzić z domu, nie wracam po nocach z roboty tak ciężkiej, że padam na twarz, więc mam czas, żeby sprzątać.
Praca jest ważna?
- W życiu człowieka przychodzi taki moment, że musi zakosztować wysiłku. Ja przynajmniej czuję taką powinność. Że powinnam się zmęczyć, bo moja praca jest w takim stopniu przyjemnością, że przez to jakby niepoważna. Dlatego kiedy jestem na zebraniach rodziców, wiesz, na wywiadówkach, to się wstydzę. Wstydzę się zabrać głos, jakoś się wychylić.
Czego się wstydzisz?
- Wszyscy rodzice mają takie poważne zawody. Są biznesmenami, lekarzami, nauczycielami, pracują w instytucjach, które mają gmachy. I mają konkretne wykształcenie, imponujące, takie wyższe. A ja? Nie mam wyższego wykształcenia, a jeszcze do tego jestem głupią piosenkarką - często tak o sobie myślę. Dlatego pragnę uczynić z tej mojej niepoważnej w odczuciu wielu osób profesji coś istotnego, związanego z uczciwym wysiłkiem. Takim wiesz, że no!
Czyli robiłaś sobie herbatę, kładłaś się z laptopem do łóżka i...
- ...pracowałam. To znaczy myślałam, szukałam tego jednego, doskonałego słowa. Doskonałej zbitki słów. Kiedy coś znalazłam, zapisywałam, a potem dawałam tekstowi odpocząć i sprawdzałam rano, czy on nadal przekazuje to, co chciałam powiedzieć. Jak nie, to go wyrzucałam. Bez żalu. Dzięki temu miałam poczucie, że zrobiłam absolutnie wszystko, na co mnie w tym momencie stać. Oczywiście teraz nie jestem już zadowolona. I nie wyobrażam sobie, że można być kiedykolwiek zadowolonym z tekstu. Pisanie to proces z góry skazany na niepowodzenie. Widzę to zaraz, gdy płyta jest gotowa, i pocieszam się tylko tym, że w następnej się podciągnę.
Wcześniej mówiłaś, że zabierasz się do nowego projektu dopiero wtedy, gdy czujesz, że chcesz coś wyśpiewać. Co to tym razem było?
- Nie uprawiam publicystyki, nie komentuję rzeczywistości dostępnej dla wszystkich, tej sfery publicznej, bo ona mnie do końca nie interesuje. Starałam się, zawsze się staram, ale teraz mam wrażenie, że to było szczególnie ważne - dotknąć tematu emocji.
Nie wiem, czy to jest kwestia jakichś specyficznych układów planetarnych, czy coś się dzieje z żyłami wodnymi, ale mam wrażenie, że ludzie, ostatnio, podlegają jakimś ekstremalnym emocjom. Na moich oczach rozpadają się kolejne związki. Tak dużo, że to się stało niemal normą. Jestem prawie pewna, że chwilę po tym, gdy ktoś wypowiada kwestię: tacy jesteśmy szczęśliwi, za chwilę będzie pozamiatane, że to już koniec wielkiej miłości. Nie wiem, czy z tego robić aferę, ale może trzeba.
Ile trwa twój ostatni związek?
- Osiem lat. I to jest mój najdłuższy związek.
Dlaczego poprzednie się rozpadały?
- Może nie do końca zdawałam sobie sprawę, czym jest miłość. Bo wiesz, ja o te związki walczyłam, ale w pewnym momencie dochodziłam do wniosku, bo to zawsze ja dochodziłam do takiego wniosku, że OK, próbowałam, próbowaliśmy, to nie przynosi efektu, więc to już nie ma sensu. Zawsze mi się wydawało, że rozpoznaję taki moment graniczny, gdy już się nic nie da zrobić. No to po co w tym dalej tkwić?
Wierzę, że ludzie mogą wielokrotnie spotkać w życiu kogoś bardzo, bardzo ważnego dla siebie.
Czy była jakaś różnica, gdy rozstawałaś się z ojcem swojego dziecka?
- Uważam, że nie powinno się być ze sobą wyłącznie z powodu dziecka.
Uważam, że taki faktyczny kontakt z dzieckiem, a tata Mikołaja zawsze miał do tego nieograniczone prawo, jest sto razy lepszy niż takie bycie pod jednym dachem z dzieckiem i takie właściwie omiatanie go spojrzeniem. Obserwuję wokół siebie milion takich sytuacji: jesteśmy mamą, jesteśmy tatą, tworzymy rodzinę, ale tak naprawdę to się na tych deklaracjach kończy i oni są ze sobą tylko w tym sensie, że ze sobą mieszkają.
Rozstania zawsze są trudne. Mam szczęście, bo tata mojego syna jest mi bardzo bliski, jak przyjaciel, brat. Nadal.Dziś jakoś inaczej myślisz o związku, o miłości?
- Teraz rozumiem, że miłość to nie fajerwerki i chemiczne rozbuchanie. Już mnie to nie interesuje. Dzisiaj miłość to dla mnie wyzwanie, zaproszenie, żeby zgłębiać bycie z innym człowiekiem. Tym jedynym, konkretnym człowiekiem. Kochamy go po prostu takiego, jakim jest. I za to, jaki jest. Bezwarunkowo.
Syna tak kochasz?
- Tak. I staram się partnera.
A siebie?
- Myślę, że ostatnio jestem ze sobą blisko. Że jestem dla siebie towarzyszem, a nie kimś, kto podkłada sobie świnie. Teraz moim jedynym celem jest wykorzystać życie w pełni i umrzeć wtedy, gdy przyjdzie na to czas. Chciałabym umrzeć gotowa.
Co musisz w sobie zmienić, żeby być gotową?
- Przede wszystkim chciałabym mniej mówić. Mniej paplać bez sensu. To, że w głowie kłębi mi się milion myśli, to jeszcze nie powód, żeby je wypowiadać. Jakaś marność we mnie każe mi to robić.
Chciałabym oduczyć się oceniania. Przestać odczuwać zazdrość, zawiść.
Chciałabym nie wpadać w gniew z idiotycznych powodów - to są pierwsze skojarzenia.
To, że się starzejesz, jest dla ciebie problemem?
- Czuję rozdźwięk między tym, jak się widzę od wewnątrz, a tym, jak to wygląda z zewnątrz. Bo nie mam poczucia, że się mentalnie zestarzałam. Raczej, że dojrzałam i nabrałam więcej ogłady w stosunku do życia. Natomiast jeśli chodzi o ciało, to widzę, że ono ewidentnie zaczyna kroczyć w stronę, że tak powiem, zapomnienia. Śmierci po prostu.
Ciało jest dla ciebie ważne?
- Wielokrotnie podejmowałam postanowienie: o, teraz to już będę szczupła, po czym bardzo szybko i chętnie ulegałam słabości. Jestem smakoszem, naprawdę kocham jeść.
Miałam też takie epizody, że chodziłam na siłownię, i wtedy czułam się bosko. Bo niezależnie od figury ta siłownia miała totalnie pozytywny wpływ na moją psyche. Jak ćwiczyłam, byłam absolutnie bezproblemowa. Przychodziłam z tej siłowni taka rzetelnie, prawdziwie zmęczona, i to było uzasadnione zmęczenie, a nie jakieś tam postjesienne, zwiastujące melancholię czy depresję. Dobrze się z nim czułam. Był nawet taki moment, że popadłam w taką wręcz przerażającą fascynację tą formą spędzania czasu.
Dlaczego przestałaś chodzić?
- Skończył mi się karnet i nagle jakoś tak się okazało, że jest za daleko, za zimno, bez sensu. Machnęłam na to ręką. Wiesz, ja sobie myślę, że może po to jestem taka, żeby obalić pewne stereotypy myślowe. Na przykład, że osoba, która funkcjonuje w tak zwanym show-biznesie, musi bezwzględnie sprostać wymaganiu szczupłej sylwetki.
Mówiłaś, że piosenki na waszej nowej płycie opowiadają o emocjach. Czy jest coś, co czujesz szczególnie mocno?
- Smutek. I to taki, że aż płakać mi się chce. Ale nie, nie trzeba mnie przytulać, bo ja ten smutek odczuwam prawie bez przerwy, więc to nie jest stan wyjątkowy, który trzeba jakoś okiełznać. Po prostu tak już mam. I szczerze mówiąc, osoba, która nie widzi powodu, żeby być smutną, jest dla mnie z gruntu podejrzana.
Jak to?
- Chryste, przecież nie ma takiej opcji, żeby mając odrobinę wyobraźni, nie zdawać sobie sprawy, że teraz, w tej chwili, na siódmym piętrze Centrum Zdrowia Dziecka dzieci zmagają się z nowotworami. W każdym razie ja to wiem i nie jestem w stanie, przy całej wdzięczności za to, że moje życie jeszcze, póki co, jest takie dobre, wspaniałe, nie mieć takiego poczucia, że to się tam dzieje i że to jest straszne.
Uderzyłaś kiedyś syna?
- Krzyczałam. Od pięciu lat tego nie robię. Mam taką metodę, że jak coś się takiego dzieje, że zaczynam się denerwować, to wychodzę do swojego pokoju. I tam albo zaczynam płakać, albo jakoś inaczej wyhamowuję tę bezsilność.
Krzyk do niczego nie prowadzi, bo jak przeczytałam w pewnej mądrej książce, dziecko ma na niego blokadę. Po prostu gdy rozmowa staje się zbyt głośna, ono przestaje słuchać, co się do niego mówi, tylko przede wszystkim stara się odciąć od wrzasku. I nic już do niego nie dociera.
Masz jakieś wyobrażenie swojego dalszego życia?
- Mam marzenie, takie idealne wyobrażenie ostatnich lat swojego życia. Syn już stanął na nogach, że już mnie nie potrzebuje, a ja nie śpiewam. Bo znając siebie, wiem, że przyjdzie taki moment, gdy stojąc na scenie, poczuję się zażenowana tą formą kontaktu z ludźmi. I wtedy spakuję plecak i ruszę w podróż.
Sama?
- I to jest właśnie to, co może pojawić się w marzeniu, bo w rzeczywistości to nigdy nie podróżowałam sama. Chciałabym, ale się boję. A w marzeniu się nie boję.
A dlaczego właściwie sama?
- Bo z kimś to zawsze jest jakaś trudność, jakiś kompromis, a ja chciałabym być nieograniczona, niezależna. Jak chcę w lewo, to w lewo, jak chcę zostać tydzień, to zostaję, jak chcę jechać dalej, to jadę. No i tak sobie podróżuję. Z miasta do miasta, z kontynentu na kontynent. Spokojnie, bez stresu, bez planu.
A w sumie po co? Dlaczego?
- Bo jestem strasznie ciekawa świata. Bo oczywiście można jakoś się rozwijać, siedząc na kanapie w domu, ale uważam, że znacznie szybciej to przebiega, gdy człowiek jest w drodze.
Wyobrażasz sobie, że czasem wracasz do domu?
- Sądzę, że bym nie wracała, bo to jest niesamowite tak pojechać i nagle nie mieć domu. To jest świetna praktyka nieprzywiązywania się, a to też jest coś, z czym chciałabym powalczyć.
W ogóle nie zachowuję się jak turysta. Mam kasę, więc jadę w podróż i kupuję. Tu dom, tam samochód, tu buty, a tam szmaty. Pieniądze potrzebne są na nocleg i możliwość zakosztowania wrażeń, za które po prostu trzeba zapłacić. Na przykład w Japonii chciałabym, żeby mnie było stać na zajadanie się ramenem.




